Edukacja Wywiady

Kolejni studenci SGGW uczą się felinologii z UFP

Ponad dwa lata temu Unia Felinologii Polskiej podpisała umowę o współpracy z Wydziałem Hodowli, Bioinżynierii i Ochrony Zwierząt warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Czy obie strony są zadowolone ze współpracy? Zapytaliśmy o to Dziekana Wydziału, profesor Justynę Więcek, oraz pracowników dydaktycznych Wydziału.

Pani dziekan, minęły dwa lata od podpisania umowy pomiędzy Unią Felinologii Polskiej i SGGW, jak ocenia pani ten czas?

Justyna Więcek: Podpisaliśmy umowę po to, aby uczelnia coś na tym zyskała i zyskaliśmy bardzo dużo. Jako Wydział Hodowli, Bioinżynierii i Ochrony Zwierząt jesteśmy zadowoleni ze współpracy. Mamy przede wszystkim świetny kontakt z przedstawicielami organizacji, którzy chętnie dzielą się swoją wiedzą ze studentami naszego kierunku hodowla i ochrona zwierząt towarzyszących i dzikich.

W ramach współpracy powstał przedmiot hodowla kota rasowego, prowadzony pod czujnym okiem doktor Julii Riedel. Pierwsze semestry już za nami jak to wygląda okiem dziekana?

JW: Na pewno będziemy kontynuować naukę tego przedmiotu.  Ankiety studenckie wskazują, że trafiliśmy w potrzeby. Otrzymaliśmy w nich, jako kadra wydziału, oficjalne informacje z czego studenci byli zadowoleni, a z czego – być może – nie. Studenci są zadowoleni. Określili zajęcia jako bardzo pożyteczne, gdyż brali w nich udział praktycy. Studenci podkreślali, że prowadzący przedmiot – doktor Julia Riedel i magister inżynier Wojciech Wójcik – zaprosili do współpracy wysokiej klasy specjalistów. Zajęcia nie były nudne, eksperci potrafili rzeczowo i ciekawie opowiadać o swojej pasji.

Pani doktor, jak pani ocenia pierwsze semestry z nowym przedmiotem, jako jego opiekun?

Julia Riedel: Wyszło całkiem dobrze. Przedmiot cieszył się zainteresowaniem, chęć uczestnictwa w zajęciach zgłosiło 25 osób. Studentom podobało się zaproszenie do współpracy praktyków, którzy opowiadali rzeczy całkowicie nowe, do tej pory nieprzedstawiane w murach naszej uczelni. Poruszane zagadnienia były swoistym rozszerzeniem innych przedmiotów, na których aspekty praktyczne nie były omawiane albo traktowane marginalnie.

Przedmiot nie jest obowiązkowy, prawda?

JR: Tak, przedmiot jest fakultetem. Studenci musieli się zdeklarować, a jakieś fakultety wybrać muszą. Widać było, że ci, którzy się zdecydowali, byli zainteresowani i chcieli poszerzyć swoją wiedzę z felinologii, korzystając z doświadczeń praktyków z Unii Felinologii Polskiej. Być może na to duże zainteresowanie nowym przedmiotem wpływ miał napisany razem z Unią sylabus, który zaintrygował studentów? Może był ciekawszy? A może po prostu lubią koty? Trudno powiedzieć, jakie były przyczyny, ale skutki były bardzo pozytywne.

Razem z panią przedmiotem zajmował się doktorant uczelni, magister inżynier Wojciech Wójcik. Jak nowy przedmiot i współpraca z Unią Felinologii Polskiej wygląda z perspektywy wykładowcy, który jeszcze niedawno sam był studentem? Czy była różnica w podejściu pomiędzy panią doktor z ugruntowaną pozycją a magistrem, który do niedawna był „po drugiej stronie barykady”?

Wojciech Wójcik: Z punktu widzenia studenta, którym niedawno jeszcze byłem, wiem jak ważne są zajęcia z praktykami, mającymi na co dzień do czynienia z danym zagadnieniem czy gatunkiem. Dlatego też zapraszaliśmy z panią doktor was, jako przedstawicieli Unii, kilka zajęć prowadziłem też sam. Na zajęcia omawiające przygotowanie do wystaw przyniosłem swojego kastrata, aby studenci mogli zapoznać się nie tylko w teorii z przygotowaniami do wystaw.

Panie Wojciechu, jest pan też hodowcą kotów, czy to pomagało w zajęciach?

WW: Tak, oczywiście. Występowałem można powiedzieć w dwóch postaciach – jako wykładowca-teoretyk i jako hodowca-praktyk. Uważam, że to dość dobrze się zgrało, a wiedza z obu zakresów pozwoliła przekazać studentom dużo wartościowych treści.

Byliście naszymi gośćmi na kilku wystawach, w tym na organizowanej pierwszy raz w Polsce Felimpiadzie wydarzeniu skupiającym w jednym miejscu wszystkie oficjalne systemy wystawowe istniejące w Polsce FIFe, WCF i TICA. Jak się to wam, jako kadrze, podobało? To chyba pewnego rodzaju nowość w metodyce nauczania?

JR: Zdarzyło mi się bywać na wystawach kocich, ale byłam tam jako osoba prywatna, kochająca koty. Przyglądałam się, ewentualnie poszukiwałam kontaktów do hodowców. Teraz było zupełnie inaczej, uczestniczyliśmy w wydarzeniach jako części procesu dydaktycznego. Zwracałam uwagę na organizację wystawy, sposoby i metody oceniania. To istotna dla mnie wiedza, abym mogła rozmawiać ze studentami i przekazywać im konkretne odpowiedzi. Bardzo się cieszę, że mogłam poznać wystawy od kuchni.

Na wystawach przedstawiciele Unii Felinologii Polskiej nie tylko umożliwiali wejście, ale starali się też organizować krótkie spotkania z komisarzem wystawy, z sędziami, stewardami czy niektórymi hodowcami. Wiemy już, że pani doktor to pomogło, a co na takie dość nieszablonowe podejście studenci?

JR: Widać było duże zainteresowanie wokół ringów – studenci chcieli poznać zasady oceny i sposoby wystawiania kotów rasowych. Dużo też dały rozmowy z osobami funkcyjnymi na wystawach – to pozwala poznać metodykę od kuchni, a to tam tkwią ewentualne problemy. O nich też musimy mówić naszym studentom. Poza częściami oficjalnymi uczestnicy fakultetu raczej mieli wolną rękę i zwiedzali na swój sposób, czy to podpatrując pracę sędziów, czy rozmawiając z hodowcami.

WW: Wystawy były świetnym uzupełnieniem praktycznym wiedzy teoretycznej. Po poznaniu świata hodowlanego w murach uczelni w teorii, studenci dostali możliwość zobaczenia oceny, ringu, klatek, sędziów przy pracy i prezentacji kotów. Mogli zebrać kontakty do prawdziwych hodowców, co wiązało się też z ich projektem na zaliczenie przedmiotu.

JR: Na początku część studentów bardzo nieśmiało podchodziła do rozmów z hodowcami, ale szybko przekonali się, że nie ma się czego bać. Hodowcy zrzeszeni w organizacjach Unii chętnie odpowiadali na pytania, prezentowali swoje koty i opowiadali o blaskach i cieniach hodowli jako takiej. Studenci w oczach wystawców nie byli tylko widzami albo co gorsza – intruzami. Teoria nigdy nie zastąpi rozmowy z praktykiem.

Bardzo mnie cieszą te słowa pani doktor, gdyż umowa pomiędzy Unią a SGGW zakładała pomoc uczelni w kształceniu przyszłych fachowców, fachowców, z którymi będziemy się spotykać na naszej drodze hodowlanej za 5, 10 czy 15 lat. Hodowcy stanęli na wysokości zadania i pomogli studentom zrozumieć przynajmniej po części zawiłości naszego świata. A wracając z wystawy w mury uczelni mówiła pani, że fakultet hodowla kota rasowego wybrało 25 studentów. Ilu zakończyło pierwszy semestr z nowym przedmiotem pozytywną oceną?

JR: Zaliczyli wszyscy. Nie wszyscy na najwyższe oceny, ale nikt nie oblał. Zaliczeniem przedmiotu była prezentacja, na której studenci mieli pokazać, jak założyć od zera hodowlę konkretnej rasy. Muszę przyznać, że podeszli do tego bardzo profesjonalnie i z zaangażowaniem.  

WW: Wręcz z rozmachem, niektóre prace zakładały od razu sprowadzanie kotów z innej części świata lub przelot na pierwsze krycie na inny kontynent.

Jakie są plany na przyszłe lata? Czy chcecie kontynuować naukę tego przedmiotu?

JR: Tak, oczywiście. Wiem, że zainteresowanie pojawiło się również na zootechnice, przedmiot został też udostępniony jako fakultet na biologii. Wszystko zależy od studentów – jeśli zgłosi się wystarczająca liczba, my będziemy gotowi. Mam też nadzieję, że Unia Felinologii Polskiej dalej będzie nas wspierać w prowadzeniu wykładów.

Oczywiście. Po to zaangażowaliśmy się we współpracę z SGGW.

Z kadrą Wydziału Hodowli, Bioinżynierii i Ochrony Zwierząt SGGW rozmawiał Marcin Mańk.

Marcin Mańk
Szaleniec. Hodowca. Wystawca. Miłośnik psów, kotów i zwierząt wszelakich, zwłaszcza kotów orientalnych i syjamskich we wszelkich odmianach. Prezes Unii Felinologii Polskiej. Członek Zespołu Ekspertów w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Współpracownik Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt. Wieloletni członek zarządu SMK1 i Komisji Dyscyplinarnej FPL.
http://ufp.org.pl