Felinologia Wywiady

Rozmowa z Barbarą Richter-Mercik, hodowczynią kotów perskich i burmskich

Roman Grabara: W jednym z medium społecznościowym wyczytałem, że 23.01.2023 roku w Twojej hodowli Rimeburg*PL urodził się ostatni miot. Pomyślałem sobie, że to jest odpowiedni moment ażeby powspominać. Ja „zachorowałem” na kocią chorobę w 1992 roku, kiedy odwiedziłem wystawę kotów w Poznaniu. A jak zaczęła się Twoja przygoda z kotami?

Barbara Richter-Mercik: Mój mąż uwielbiał koty. Posiadał kotkę domową. Ponieważ w tamtych czasach kotów się nie sterylizowało, to z tą kotką była typowa jazda pod górę. Kiedy miała ruję, to dawała popalić – obsikiwała wszystko i głośno zawodziła. Ja złapałam kociego bakcyla dekadę wcześniej niż ty. Byłam w Warszawie, prawdopodobnie był to rok 1982. Jak się było w stolicy to koniecznie trzeba było odwiedzić Domy Towarowe „Centrum”. W trakcie zakupów spotkałam pewną panią, która w koszyczku miała rudego persa. Kot był zabezpieczony szeleczkami. Zauroczył mnie do takiego stopnia, że koniecznie takiego kota chciałam mieć. Był to kocur.

Mając kiepskie doświadczenie z kotką i przeświadczenie, że tylko kotki sikają, chciałam mieć kocura. Jak się okazało w praktyce, w materii kotów byłam zupełnie zielona. Od tego momentu rozpoczęłam poszukiwania rudego persa. Trochę czasu mi to zajęło.

RG: Jak wspominasz swój debiut wystawowy? Przypomnę, że na II Ogólnopolskiej Wystawie Kotów Rasowych w Warszawie, która odbyła się w dniach 8-9 grudnia 1984 roku, wystawiałaś w klasie młodzieży kremowego kocurka o imieniu Utar z Ankary. Kot pochodził z opolskiej hodowli Ewy Sołtysik. Była to druga wystawa i chyba ostatnia o statusie wystawy krajowej, gdzie najwyższą notą, jaką można było otrzymać, był certyfikat na championa.

B.R-M.: Niestety, ostatecznie nie kupiłam rudego persa tylko kremowego. Znalazłam ogłoszenie w gazecie, że ktoś w Opolu oferuje do sprzedaży perskie kocięta. Zadzwoniłam i tak poznałam Sołtysików. Spotkałam się z nimi w Krakowie, gdzie sprzedawali persiątka, lecz mieli tylko czarne. W trakcie rozmowy dowiedziałam się, że urodził im się miot i jeden z kociaków będzie rudy lub kremowy. Pojechałam zatem do Opola i zdecydowałam się na kocurka, który okazał się jednak kremowy. Do tej pory pamiętam, że zapłaciłam za niego 30 tysięcy złotych. Od hodowczyni otrzymałam bodajże metrykę i kopie rodowodów rodziców. Rodzice prawdopodobnie pochodzili z Czechosłowacji. Jak już miałam kota potencjalnie z „papierami” to chciałam go zarejestrować. W Polsce wtedy tylko można było to uczynić w Warszawie, gdzie zawiązało się Stowarzyszenie Hodowców Kotów Rasowych. Wtedy to wszystko było w trakcie organizacji. W jakiś sposób pozyskałam dane kontaktowe i zadzwoniłam do Mariusza Gila i Ewy Piaseckiej. Pojechałam do stolicy i zarejestrowałam Utara. Z kocurkiem na pierwszą wystawę pojechałam do czeskiego Brna. Nie spodobał się sędziom. W Warszawie natomiast, w grudniu 1984 roku, wygrał młodzież.

RG: Przejrzałem najstarsze katalogi z mojej kolekcji i tak faktycznie to już na stałe zagościłaś na ringach wystawowych. Prawdziwym świętem dla polskiego świata felinologicznego była I Międzynarodowa Wystawa Kotów Rasowych, która odbyła się 26-27.10.1985 roku w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Pokazałaś wtedy wspomnianego już Utara oraz koteczkę Caminę La Habana pochodzącą z Czechosłowacji. Spodziewałaś się, że uczestnicząc w tej pierwszej, międzynarodowej wystawie jesteś niejako świadkiem oraz uczestniczką historycznego wydarzenia?

B.R-M.: Caminę kupiłam z legalnej czeskiej hodowli, od weterynarza koło Trutnova. Jak się chciało mieć hodowlą to jednak sam kocur nie wystarczał. A…bardzo chciałam. Raczej nie miałam wtedy świadomości, że uczestniczę w jakimś historycznym wydarzeniu. Była to kolejna wystawa, na której zdobywałam doświadczenia. Wtedy byłam młoda, bardzo ciekawa świata, poznawania nowych ludzi. Łatwo nawiązywałam kontakty, a potem to już jakoś poszło.

RG: Rok później (13-14.10.1986 r.) na II Międzynarodowej Wystawie Kotów Rasowych w Warszawie, oprócz już wymienionej pary, pokazałaś jeszcze kotkę perską szylkretową Beę z Wratislawii z wrocławskiej hodowli Joanny Kulikowskiej. Czy to te trzy koty zapoczątkowały hodowlę Rimeburg*PL? Czy wtedy już miałaś zarejestrowaną hodowlę?

B.R-M.: Tak, to właśnie te trzy koty stanowiły podwaliny mojej hodowli Rimeburg*PL. Miałam zarejestrowaną hodowlę. Nazwa się wzięła poniekąd od mojego nazwiska i imienia z tą różnicą, że imię trochę zmodyfikowałam, ażeby nazwa ładniej brzmiała. Wtedy, kiedy myślałam nad nazwą hodowli, do głowy nie przyszła mi myśl, że będę miała w przyszłości burmy.

RG: W tamtym okresie ciężko było w Polsce o gotowe karmy dla kotów, o żwirku nawet nie wspomnę. Nawet za moich czasów początki były bardzo siermiężne. Jak sobie radziłaś? Czym żywiłaś koty? Jaką toaletę dla nich miałaś? Dla współczesnych zapewne zabrzmi to bardzo egzotycznie.

B.R-M.: Przede wszystkim mięso, podawane na surowo lub gotowane. Za dodatki służył ryż oraz warzywa. Robiłam paczki z mięsa i je zamrażałam. Były to bardzo trudne czasy. Wspomagałam się mięsem kupowanym na targowisku. Kombinowałam też na różne sposoby, wymieniając na przykład kartkowy alkohol lub papierosy na kartki mięsne. Gwoli przypomnienia – mięso i wyroby mięsne oraz alkohol czy papierosy były w tamtych czasach towarami reglamentowanymi, podobnie jak buty. Kupowałam też w rzeźni takie tafle z przełykami wołowymi. Można było kupić 3 tafle co 2 lub 3 miesiące. To wszystko mieliłam lub kroiłam, dodawałam też podroby i dodatki warzywne. Nawet nie wiedziałam wtedy, że stosowałam nowoczesną metodę żywienia kotów czyli barfa. Dobrze, że w tamtym czasie miałam dość duży zamrażalnik, a i sąsiedzi pomagali, gdyż mieli zamrażarkę. Niełatwo było. Za toalety służyły tak zwane kuwety przelewowe. Były to dwie kuwety fotograficzne wkładane jedna w drugą z tą różnicą, że górna miała wywiercone otwory. Potem można było gotowe takie kuwety nabyć w sklepach zoologicznych. Teraz to jest po prostu bajka – żwirki takie czy owakie, zapachowe, zbrylające i różne takie, jakie sobie wybierze właściciel kota. Z karmieniem też nie ma problemu. Można nawet kupić karmę nie wychodząc z domu. W moich początkach kariery hodowlanej takie udogodnienia były nie do pomyślenia.

RG: W historii Twojej hodowli zauważyłem, że tak jakbyś była zmęczona dość wymagającymi kotami perskimi i pojawił się wątek pod tytułem cornish rex. Był to odruch chwili, moment słabości czy poszukiwanie nowej drogi, nowego kierunku dla hodowli? Hodowałaś wtedy jeszcze persy, czy Twoje serce opanowały już koty burmskie?

B.R-M.: W tamtym czasie już miałam kotkę burmską. Nawiązując do cornisha. Pojechałam na wystawę do Wrocławia. Tam spotkałam Leandrę Gryglaszewską ze Szczecina, która hodowała cornishe. Ona wystawiała wtedy między innymi białą kotkę. Jakoś tą kotką się zainteresowałam, a Leandra mi ją wprost „wcisnęła”. Nie potrafiłam jej się przeciwstawić i tak Afrodyta Le-Gry*PL zamieszkała ze mną. Zupełnie przypadkowo.

Kotkę otrzymałam bez pieniędzy, bez umowy, Leandra mi zawierzyła. W odroczony sposób zapłaciłam za kotkę 1500 złotych. Miałam kłopot z pokryciem tej kotki, gdyż cornishy w Polsce było niewiele, a podróż z Krakowa do Szczecina do potencjalnego kawalera raczej nie wchodziła w grę. Chyba nawet Leandra nie miała niespokrewnionego z moją kotką kocura. Ostatecznie kotka została pokryta kotem syjamskim od Anki Pospiszyl z Warszawy. Taki mariaż był wtedy dopuszczalny. Kocięta zostały nazwane kotami tonkijskimi i otrzymały niebieskie rodowody. Zostały zarejestrowane w Polskiej Księdze Eksperymentalnej. Część kociąt miała gładką sierść, a część taką z lekka cornishowatą. Mogło to być około 1996 roku. Kotka ta była istnym wulkanem energii, huraganem emocji. Tak żywiołowego kota nigdy wcześniej ani później nie miałam. Potrafiła z podłogi wskoczyć człowiekowi nawet na głowę. Nie wiem, czy wszystkie cornishe są tak energiczne, ta kotka z pewnością taka była.

RG: Dlaczego burmy? Co Ciebie w nich zachwyciło?

B.R-M.: Pierwszy raz zobaczyłam kotkę burmską na pokazie w warszawskich Łazienkach. Prezentował ją Zbigniew Żak z Lublina. Zachwyciła mnie uroda kota. Słowami nie da się opisać tego, co jest ulotne, niewyobrażalne i nie do zdefiniowania. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zbyszek chciał tę kotkę sprzedać. Nie miałam wtedy tyle pieniędzy. W tamtych czasach nie było bankomatów ani kart płatniczych. Ostatecznie Jola Pruchniak zaproponowała mi pożyczkę. W rezultacie z transakcji nic nie wyszło, gdyż Zbyszek się wycofał. Jednak nie zrezygnowałam z burm. Jakiś czas później kupiłam, właśnie z jego hodowli Palomę Sah-Med*PL. Była to czarna burma, inaczej sobolowa.

RG: Koty burmskie pojawiły się w Polsce na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia. Pierwszym hodowcą tej rasy był Zbigniew Żak z lubelskiej hodowli Sah-Med*PL. W Polskiej Księdze Rodowodowej pod numerem 1 zarejestrowano niebieską kotkę Falyu’s Anne Louise ur. 02.06.1992r., import z Holandii. Kotka zadebiutowała wystawowo w grudniu 1992 roku w Poznaniu. Czy Twoje burmy pochodziły właśnie od tej kotki?

B.R-M.: Tak, była to matka Palomy, natomiast ojcem był rudy kocur najprawdopodobniej z Czech.

RG: Co w kotach tej rasy jest niezwykłego? Mnie powala ich „zabójcze” spojrzenie i niesamowita muskulatura.

B.R-M.: Tak to prawda, są krępej budowy lecz nie grube. Futro mają bez podszerstka. Wtedy burmy wyglądały inaczej, niż współczesne. Te pierwsze  koty niby nie miały podszerstka, lecz jak się wjechało grzebieniem, to coś tam się wyczesywało. Takie zjawisko występowało u kotów, które importowałam z Łotwy i Rosji. Paloma miała jak najbardziej prawidłowe futerko. Teraz koty tej rasy są zupełnie gładkie. Lecz i tak w porównaniu z persami były to koty „bezobsługowe”. Pracy przy persach było co niemiara. Nie tylko przy zwierzętach, ale i w domu. Pełno było wszędzie sierści, szczególnie sporo w trakcie linienia. W domu nosiłam śliską odzież, ażeby kocie włosy się jej nie trzymały. Problem był z przyjmowaniem gości. Stali moi znajomi wiedzieli, że u mnie w domu należy założyć „odzież ochronną”, gdyż w innym przypadku narażeni byli na długotrwałe czyszczenie garderoby. Specjalnie dla gości miałam takie podomki ze śliskiego materiału, kupowane w sklepie. Z burmami jest to całkowicie inny świat.

RG: Twoje burmy widoczne były nie tylko na polskich wystawach, ale również za granicą. Gdzie najdalej trafił Twój wychowanek?

B.R-M.: Przez te kilkadziesiąt lat obecności w świecie felinologicznym byłam na bardzo wielu wystawach w kraju i poza jego granicami. Nie sposób wszystkich zliczyć. Najdalej byłam w Szwajcarii. Wystawa zawsze była dla mnie niezwykłym wydarzeniem i to pełnym wrażeń. Bardzo lubiłam rozmawiać z ludźmi. Oprócz wystawiania kotów cieszyły mnie ogromnie kontakty z ich właścicielami. Są to dla mnie bezcenne wspomnienia. Niektóre ze spotkań wystawowych przekształciły się z czasem w przyjaźnie. Trochę kociąt się urodziło przez te wszystkie lata prowadzenia hodowli. Nie można wszystkich kociąt zatrzymać. Nie da rady, chociaż często było ciężko na sercu. Niekiedy rozum musiał pokonać emocje. Przed takimi wyborami od czasu do czasu staje hodowca. Moje kociaki, oprócz Polski, trafiły do wielu państw na świecie. Najdalej wysłałam kociaka do Stanów Zjednoczonych.

RG: Czy kot burmski, który nadal jest rzadkością w Polsce, nadaje się dla współczesnego, zapracowanego, mieszkającego w niewielkim mieszkaniu człowieka?

B.R-M.: Ależ oczywiście. Jednak lepiej dla kociaka, ażeby miał dużo kontaktu z człowiekiem. No i mieszkanie powinno być odpowiednio przygotowane na przyjęcie zwierzątka. Okna i balkon winny być osiatkowane. Jest to niezbędne minimum zapewniające bezpieczeństwo maluchowi, to takie minimum od strony technicznej. Poza tym należy pamiętać, że nie wszystkie rośliny są zdrowe dla kota, a koty lubią kwiatki podgryzać. W tym temacie też potrzeba uświadamiać przyszłych właścicieli.

RG: Oprócz hodowania kotów Twoja osoba związana była z władzami oddziału krakowskiego Stowarzyszenia Hodowców Kotów Rasowych w Polsce. Byłaś zatem działaczką felinologiczną. Jak wspominasz ten czas?

B.R-M.: W roku 1985 tworzyłam zręby VII Oddziału Stowarzyszenia Hodowców Kotów Rasowych w Krakowie. Znalazłam 10 osób, takie było minimum, które były podobnie jak ja zaineresowane utworzeniem „kociej” organizacji pod Wawelem. W skład pierwszego, historycznego zarządu weszłam ja jako prezeska, Dobromiła Ofiarska-Kwiatkowska była sekretarzem, a członkiem zarządu był Tadeusz Filus. W utworzeniu oddziału bardzo mi pomogli działacze z Warszawy, zwłaszcza Ela Komór-Kosz.

Po utworzeniu oddziału zorganizowaliśmy w Krakowie wystawę krajową kotów. W tym momencie muszę podkreślić, że z całą premedytacją organizowaliśmy wystawę o statusie krajowej. Gdybyśmy zorganizowali międzynarodową, to Czesi by zgarnęli wszystko. Mieli wtedy dużo lepsze koty od naszych. A tak, Polacy mieli szanse na sukcesy. Na krajowej maksymalną notą była ocena doskonała pierwsza z certyfikatem na championa. Frekwencja dopisała i wystawa była całkiem udana. Zresztą wtedy nie było trudno o frekwencję, gdyż wystaw było niewiele i żeby koty można było rozmnażać, obowiązywała licencja hodowlana. Aby kot otrzymał taką licencję, musiał uczestniczyć w wystawach i uzyskać odpowiednie oceny. Wystawy weryfikowały koty pod względem użyteczności hodowlanej. Sędziowali wtedy: Kveta Mahelkova, Bohumir Mahelka, Dagmara Vinklerova i Albert Pintera. Bardzo miło wspominam tę wystawę. Zorganizowaliśmy ją na zasadzie „zastaw się, a postaw się”.

RG: W gazecie z 15 maja 1992 roku, w jednym z artykułów wspomniałaś, że przygotowujesz się do egzaminu sędziowskiego. Możesz rozwinąć ten wątek?

B.R-M.: Faktycznie zdałam egzamin na ucznia sędziowskiego pierwszej kategorii. Było to mniej więcej wtedy, kiedy egzaminy zdawali Beata Remer i Albert Kurkowski. I na tym egzaminie moja kariera przygotowawcza do „fachu” sędziowskiego się zakończyła.

RG: Czy Twoja rodzina związana była ogólnie z hodowlą zwierząt? Pytam, gdyż to od Ciebie otrzymałem do przeczytania oryginalną książkę prof. Maurycego Trybulskiego „Kot domowy jego rasy i hodowla” z 1935 roku, za co jestem niezmiernie wdzięczny. Jak ta pozycja trafiła do biblioteki Twojego taty?

B.R-M.: Tata był hodowcą owczarków niemieckich. Miał dwie suki. Był ogromnym miłośnikiem i znawcą psychiki psa. Zajmował się szkoleniem tych zwierząt, zwłaszcza tzw. „trudnych” psów. Miał do tego smykałkę. Od dzieciństwa wiedziałam, że kot i pies powinni mieć rodowody. Zresztą do tej pory odwiedzam wystawy psów. Coś mi jednak pozostało z domu rodzinnego. Książkę tato otrzymał od znajomego i od lat znajduje się w mojej biblioteczce.

RG: Ile w tej chwili masz na utrzymaniu kocich emerytów? Czy tylko burmy?

B.R-M.: Mam aktualnie cztery koty i są to burmy. Wszystkie koty są wykastrowane i jest to definitywnie koniec hodowli pod marką Rimeburg*PL. Moja najstarsza kotka, z moich linii, ma aktualnie 13 lat. Pozostałe są młodsze. Nie żałuję, że hodowałam koty. Są one częścią mojego życia. Praca hodowlana przyniosła mi mnóstwo satysfakcji i radości. Mam teraz co wspominać, a proszę mi wierzyć – są to bardzo miłe wspomnienia.

RG: Dziękuję pięknie za rozmowę.


Od autora:
Koty tonkijskie zostały wywiedzione ze skrzyżowania kotów burmskich z syjamskimi w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie w latach 50-tych XX wieku. W Polsce rasa ta została prawdopodobnie uzyskana na przełomie wieków. Pierwszym kotem tonkijskim był kocur Hades Ton Carry*PL  wyhodowany przez Tomasza Kordalskiego. Kocur ten był owocem skrzyżowania kotki syjamskiej z oznaczeniami seal i rudego kocura burmańskiego.
Autor na wystawach FIFe w w ubiegłym wieku spotykał sporadycznie przedstawicieli kotów tonkijskich, mimo że nie były uznawane przez tę federację i nadal pozostają nieuznane.   

Roman Grabara
Były, ponad 25-letni, hodowca kotów norweskich leśnych (hodowla Karodok*PL). Historyk hobbysta polskiej felinologii, autor „kocich” historyjek. Od 1992 roku członek polskich stowarzyszeń felinologicznych zrzeszonych w FIFE. Od wielu lat prowadzący wystawy kotów rasowych oraz inne wydarzenia w świecie felinologii. Kwieciście uświetnia te imprezy wiedzą merytoryczną i ciekawostkami, wplatając w nie wiadomości o polskiej tradycji hodowlanej.