Felinologia Wywiady

Rozmowa z Joanną Koniarską, długoletnią hodowczynią kotów z przełomu wieków, poszukiwaczką i kocią koneserką

Roman Grabara: Jakie były Pani początki przygody z kotami rasowymi? Tradycyjnie… były to koty perskie?

Joanna Koniarska: Tak, wtedy nie było w Polsce innych możliwości. Ogólnie był to osobiście trudny czas dla mnie. Na pocieszenie od znajomych otrzymałam w prezencie kocię perskie. Był to rok 1983. Na dobre zaangażowałam się w hodowlę tej rasy na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Sprowadziłam nawet koty ze Stanów Zjednoczonych, z Rosji a także z Węgier.

Na początku musiałam wszystkiego się nauczyć, częściowo na własnych błędach. Środowisko kociarzy było i chyba nadal jest dość zazdrosne, hodowcy niechętnie dzielili się wiedzą na temat żywienia czy pielęgnacji. Ogólnie to były trudne czasy. Nawet żwirku odpowiedniego nie było… Ogólnie używany był żwirek bentonitowy, który nawilżony przypominał beton. Moje koty perskie były bardzo dobre, zarówno pod względem hodowlanym, jak i wystawowym. Notowane były w ówczesnych rankingach Top Cat. Szczególnie upodobałam sobie „pręgusy”. To w późniejszym czasie znalazło odzwierciedlenie w innych rasach, które hodowałam. Szczególnie miło wspominam 1998 rok. Wtedy moje dwie maleńkie kotki perskie pręgowane Fabiola i Fedra zostały uhonorowane pucharem prezydenta Warszawy. Mama koteczek pochodziła ze Stanów Zjednoczonych, a ojciec z Litwy.

RG: Co skłoniło Panią do poszukiwania w kotach tego „czegoś”? I czy ostatecznie znalazła Pani to „coś”?

JK: Człowiek z natury jest poszukiwaczem, lubi nowe wyzwania. Czułam pewien niedosyt, a poza tym fascynował mnie świat kocich ras. Poszukiwałam spełnienia się jako hodowca w innych rasach. Czy znalazłam spełnienie? W jakiejś mierze na pewno.

RG: Osobiście nazywam Panią wielką koneserką kocich ras, trochę się ich przewinęło przez kilkadziesiąt lat funkcjonowania hodowli „LUNIKA*PL”. Jeszcze około 1997 hodowała Pani persy. Jaka była następna rasa?

JK: Następne były koty somalijskie. Nabyłam kotkę o imieniu Barakuda, po domowemu Baśkę, którą kupiłam z pierwszej hodowli kotów somalijskich Długozęby*PL Jolanty i Grzegorza Niziołów. Z Baśką uzyskałam tytuł Europa premiora. Kotka była fajna, lecz nie mogła mieć dzieci. Sprowadziłam koty tej rasy również z Rosji oraz z Czech. Wystąpił problem z rozrodem kotów i ich zdrowiem. Moim zdaniem duże znaczenie odegrała dość ograniczona pula genetyczna. Koty somalijskie przewyższały persy łatwiejszą pielęgnacją futra. Barakuda w Top Cat’2001 zajęła pierwsze miejsce w kategorii kastratów.

RG: Może główną przyczyną niepowodzeń był konflikt serologiczny?

JK: Nie wykluczam, lecz w tamtych czasach były ograniczone możliwości diagnostyczne i wiedza na ten temat.

RG: Nie sposób pominąć Pani kociej przygody z bengalami. W 2002 roku dwie kotki bengalskie z Pani hodowli trafiły do Szczecina. Jedną z nich nabyła Tamara Szymańska, właścicielka hodowli „Z Księżycowego Tarasu”. Jak Pani wspomina te koty?

JK: Tak, w mojej hodowli był okres „bengalski” (śmiech). Pojawiły się koty z Niderlandów, kotka Iris van Moustache oraz kocur Chico van de Meegdeshoeve. Był także import z Wielkiej Brytanii, miałam także kotkę z Czech. Jednak po pewnym czasie okazało się, że na brzuszku miała białą plamkę, która w standardzie FIFE jest niedopuszczalna. W mojej hodowli urodziło się kilka miotów. Koty bengalskie są kotami wyjątkowymi, pełnymi temperamentu. W zasadzie… powinny mieć dostęp do wolier zewnętrznych, potrzebują przestrzeni oraz swobody. Są głośne i bardzo niezależne. Dla mnie koty bengalskie są przecudne. Musiałam przestać je hodować, gdyż wtedy mieszkałam w Warszawie i przeszkadzały mojemu sąsiadowi. Byłam pierwszą hodowczynią tej rasy w naszym kraju. Rozpoczęłam je hodować w roku 2000. Wtedy jako pierwszego sprowadziłam Chico van de Meegdeshoeve, fantastycznego kocura.

RG: Zatrzymajmy się chwilę przy kotach bengalskich. Szkoda by było pominąć historyczne detale. Może trochę więcej historii?

JK: Od zawsze uwielbiałam koty pręgowane. Nawet hodując persy zmierzałam w tym kierunku. Nie pamiętam dlaczego koty bengalskie mnie zainspirowały do ich hodowania, prawdopodobnie był to ich wygląd, wygląd naprawdę dzikiego kota. Międzynarodowa Federacja Felinologiczna FIFE uznała te koty za rasowe w 1999 roku. Rok później zagościł u mnie w domu Chico van de Meegdeshoeve. Jako pierwsza sprowadziłam do Polski koty bengalskie. Był to wyjątkowo atrakcyjny kocur w typowym dla bengali umaszczeniu czarnym cętkowanym. Sporo odwiedziłam z nim wystaw. Tylko w roku 2001 byłam z nim 15 razy. W jednym roku uzyskał tytuł wielkiego championa międzynarodowego i championa europejskiego.

Za rok 2000 w klasie młodzieży w rankingu TOP Cat uzyskał pierwszą lokatę spośród wszystkich zgłoszonych młodych kotów. Za rok 2001, już jako kot dorosły, zajął czwarte miejsce, a w samej kategorii trzeciej miejsce drugie. W tej kategorii wyprzedziła go tylko moja kotka, ale cornish rex, EC. Alpina Jarek’s. W ogólnej klasyfikacji kotów dorosłych Chico wyprzedziła wspomniana już Alpina i jeszcze dwa maine coony.

RG: Ażeby rozpocząć hodowanie do kocura potrzebna jest jeszcze kotka…

JK: Chico kupiłam w kwietniu, a kotkę we wrześniu. Była to również czarna cętkowana kocia piękność, tym razem z Wielkiej Brytanii, o imieniu Eliza Maraitai. W roku 2001 sprowadziłam jeszcze dwie kotki: czarną cętkowaną Iris z niderlandzkiej hodowli van Moustache oraz klasycznie pręgowaną Barbarę Wild Pets z Czech. Aha, pod koniec 2000 roku z tej samej hodowli co Iris, sprowadziłam śnieżnego o błękitnych oczach kocura – Lijon von Moustache. Te pięć kotów stanowiły fundamenty mojej przygody z bengalami i one zapoczątkowały hodowlę tych pięknych kotów w Polsce.

RG: W październiku 2003 roku gazecie Fakt Warszawa, w trakcie warszawskiej wystawy kotów, mówiła Pani o sobie jako trzeciej hodowczyni american curle w Polsce. Był zatem również epizod z tą rasą.

JK: Tak, rzeczywiście przez jakiś czas hodowałam curle, ale dość krótko. Występował u nich problem z uszami, z uwagi na ich deformację dość często chorowały.

RG: Jaka rasa była następna?

JK: Następne były cornish rexy. Fantastyczne koty nabyłam od Erica Reiersa, sędziego felinologicznego z Niderlandów. Miałam koty od niego oraz inne, z jego polecenia. Były to koty wyjątkowo dobre w typie. One były najlepsze, najpiękniejsze. Uzyskały bardzo wysokie tytuły.

RG: Przeglądając starsze katalogi wystawowe, odnalazłem w 2008 roku kocura z Finlandii oraz kotkę z Rumunii. Obydwa koty posiadały tytuły grand international championów, więc pewnie już dość długi czas były w Pani hodowli. Była to kotka RO*Made in Romania Lilitou oraz kocur FIN*Jip-Jap’n Gited Cinnamon, który wcale nie był cynamonowy a niebieski bikolor.

JK: Jak widać sporo kotów importowałam. Jeżeli się angażowałam w jakąś rasę, to chciałam mieć naprawdę bardzo dobry materiał hodowlany. Z olbrzymią estymą wspominam dwa cornish rexy:  austriackiego importa A*Flashpw’s Upside Down oraz kotkę z Polski Alpinię Jarek’s*PL. Obydwa uzyskały tytuły championów europejskich. Flasha wspominam, gdyż był super kotem o nietuzinkowej urodzie, a Alpinię z powodu jej hodowcy – Jarosława Grątkowskiego, bardzo sympatycznego człowieka i z powodu uroku samej koteczki.

RG: Nie sposób pominąć kotów angorskich. W Polsce spotkałem się początkowo z angorami Wiktorii Tuliszki. Pamiętam je z wystawy we Wrocławiu w 1993 roku. Pod koniec lat 90-tych hodował także tę rasę  Andrzej Motławski, który sprowadził nawet kocura ze Stanów Zjednoczonych. Pani wystawiała je w 2007 roku. Co Pani może powiedzieć o tej rasie?

JK: Tureckie angory do hodowli sprowadziłam między innymi z Niemiec, Łotwy oraz z Niderlandów. Początek hodowli stanowiły jednak koty importowane z czeskiej hodowli Rosa Glauca*CZ Lindy i Jana Knyovych. Był to rok 2002. Kupiłam wtedy kocura Tornado i kotkę Darling, niebieską szylkretkę. Tureckie angory to fantastyczne koty, prawdziwi przyjaciele człowieka. Koty tej rasy są niedoceniane. Jako domownicy są fantastyczne, nie odstępują ludzi. Potrafią razem z właścicielem, cieszyć się i przeżywać smutek.

Na przestrzeni lat cieszyły mnie wystawy, cieszyło mnie wygrywanie. W istocie człowiek jest próżny, chce aby jego wysiłek hodowlany był doceniany. Z tureckimi angorami było to trudne. Wystawiane były w drugiej kategorii, gdzie konkurencja jest zawsze silna. Nie miałam zbyt dużych szans na wygrane. W tej chwili towarzyszą mi dwa ogromne przytulasy kastraty angorskie – import z Niemiec Gawin-Meilo Gluckskatze (14 lat) i 10-letni mój wychowanek Iwo Lunika*PL, czarny pręgowany. Mamą Gawina jest biała kotka pochodząca z mojej hodowli Eliza Lunika*PL. Mam 81 lat i pragnę ażeby odeszły przede mną. Nikt tak się nimi nie zaopiekuje, jak ja.

RG: Kiedy Pani zakończyła aktywną hodowlę? Co na to miało istotny wpływ?

JK: Gdzieś około roku 2010 zakończyłam hodowlę, właściwie to był rok 2013. 22 lutego urodził się ostatni miot w hodowli Lunika*PL, a na ostatniej wystawie byłam 4 sierpnia 2013 roku. No cóż, między innymi wpływ na tę decyzję miał mój wiek. Każdy hodowca stanie kiedyś przed podobnym dylematem.

RG: W jednym z wywiadów wspomina Pani, że hodowca jest podobny do filatelisty, który marzy o coraz rzadszych znaczkach czy Pani podobnie się utożsamiała? Z perspektywy czasu, które koty zapadły Pani szczególnie w pamięci?

JK: Można tak powiedzieć. Bengale – to jest moja niezapomniana miłość. Tureckie angory są wspaniałe, ale koty bengalskie są super ze względu na niezależność. Kot bengalski wprost panował, a mnie pozwalał łaskawie żyć obok niego. Zresztą… uwielbiam koty pręgowane. Bengalom zawdzięczam również to, że wyprowadziłam się z Warszawy. Paskudni ludzie spowodowali, że mieszkam teraz w cudownie spokojnym miejscu wśród zieleni.

RG: A szczególny kot? Ja ciepło wspominam 4 – 5 kotów z własnej hodowli, a Pani?

JK: Szczególnym kotem była somalijka Barakuda. Żyła z nami 18 lat. Wyglądała niezwykle atrakcyjnie ze swoim długim, krzaczastym ogonem. Wyglądała wprost jak lisica. Mam z nią związane same bardzo miłe wspomnienia.

RG: Przez jakiś czas była Pani mocno zaangażowana w funkcjonowanie polskiego „kociego” środowiska, mianowicie była pani prezesem XIV Oddziału Stowarzyszenia Hodowców Kotów Rasowych w Warszawie. Jakie zachowała Pani wspomnienia z tego okresu?

JK: Było to dość ciekawe doświadczenie. Był to maleńki klub, który miał duże ambicje i niewiele środków finansowych. Borykaliśmy się z bardzo prozaicznymi problemami, np. lokalowymi. Osoby, które chcą pracować społecznie muszą dysponować wolnym czasem i odpowiednimi środkami finansowymi. Ambicje wielu ludzi są tak ogromne, że trudno je zaspokoić… Prezesem byłam dość krótko. Z tego okresu nie mam zbyt miłych wspomnień. Do ludzi czasem nie trafia, że na kotach nie można zarobić i się dorobić. Uważają, że hodowlę kotów można traktować, jak biznes. Generalnie współpraca z ludźmi była trudna. Mimo pewnych problemów udało nam się zorganizować kilka wystaw.

RG: Upss, byłbym zapomniał. Na koniec jeszcze jedno pytanie. W 2002 roku na wystawie w Cieszynie pokazała Pani maleńką koteczkę rasy sfinks kanadyjski o imieniu Ilona. Koteczka robiła tam za prawdziwą gwiazdę. Skąd sfinks?

JK: Tak, faktycznie był taki epizod. W tamtym czasie był to drugi przedstawiciel tej rasy w Polsce. Kotka ostatecznie trafiła do Anny Pospiszyl*. Również na zakończenie chcę dodać, że okres hodowli i wystaw był dla mnie najlepszym okresem. Pokazałam piękne koty, z którymi osiągnęłam bardzo wiele. Oprócz stworzenia dla siebie cudownego domu z dużą ilością zieleni, to przygoda z kotami, z ich hodowlą, jest drugim najlepszym elementem. Dzięki kotom zwiedziłam prawie całą Europę i teraz nadal koty umilają mi życie.

RG: Dziękuję pięknie za rozmowę!

*Anna Pospiszyl (Surowiecka) w roku 2002, jako pierwsza sprowadziła do Polski sfinksa kanadyjskiego. Był to Zinedine Zidane, biały kocurek, urodzony 20.02.2002 roku.

Roman Grabara
Były, ponad 25-letni, hodowca kotów norweskich leśnych (hodowla Karodok*PL). Historyk hobbysta polskiej felinologii, autor „kocich” historyjek. Od 1992 roku członek polskich stowarzyszeń felinologicznych zrzeszonych w FIFE. Od wielu lat prowadzący wystawy kotów rasowych oraz inne wydarzenia w świecie felinologii. Kwieciście uświetnia te imprezy wiedzą merytoryczną i ciekawostkami, wplatając w nie wiadomości o polskiej tradycji hodowlanej.