Uncategorized

Koty, psy, papugi i inne zwierzęta – rozmowa z Albertem Kurkowskim

Rozmowa z Wojciechem-Albertem Kurkowskim, pierwszym v-ce prezydentem World Cat Federation, dyrektorem łódzkiego schroniska dla zwierząt, sędzią felinologicznym oraz miłośnikiem wszelkiej fauny i flory…

Roman Grabara: Czy coś pominąłem w zapowiedzi naszej rozmowy? Nie byłem pewien czy nadal masz uprawnienia sędziego kynologicznego, więc wolałem ten aspekt pominąć.

Wojciech-Albert Kurkowski: Witam, to chyba wszystkie najważniejsze funkcje jakie aktualnie pełnię.

RG: Zacznę prozaicznie, co było pierwsze pies czy kot? Obydwa te gatunki są głęboko zakorzenione w Twoim życiorysie.

W-A K: Kot był pierwszy. Gdy byłem małym dzieckiem miałem kotkę Murkę, do dziś ją pamiętam i pamiętam, jak bardzo rozpaczałem gdy zginęła, niestety w tamtych czasach wychodzące koty były czymś zupełnie oczywistym, na szczęście to się bardzo zmienia! Pierwszego psiego przyjaciela też dobrze pamiętam, była to czarna wielorasowa suczka Diana, która żyła długo i szczęśliwie.

RG: O początkach twojej przygody z psami wiem niewiele, natomiast wiem, że pierwszego kota kupiłeś w 1985 roku. Był to kot perski. W tamtych czasach w Polsce raczej nie było innego wyboru…

W-A K: To prawda, pierwszym rasowym kotem był rudy pers Cymes Hafiz Loa de Persil z łódzkiej hodowli. W owych czasach będąc studentem i mieszkając w maleńkim mieszkanku w teatrze nie miałem szans na psa, “dachowca” nie mogłem nigdzie znaleźć, ale znalazłem ogłoszenia oferujące kociaki do sprzedania, były to persy. Ceny w pierwszej hodowli jaką odwiedziłem były przerażające, więc ucieszyłem się na widok rudego, puchatego kociaka, który był tańszy ze względu na dłuższy nos. Jak się okazało ten nieco dłuższy nos nie przeszkodził mu zostać w przyszłości pierwszym w Polsce kocurem kastratem z tytułem Premiora i Inter Premiora.

RG: Czy to z tym kotem wiąże się anegdota o tym, w jaki sposób można dość szybko przejść procedury lotniskowe? Mam na myśli pewien incydent w czasie podróży na wystawę w Moskwie, w lutym 1990 roku.

W-A K: Hafiz uwielbiał podróżować… ale na wystawę do Moskwy poleciał po raz pierwszy samolotem. By się nie stresował wyjąłem go z transportera i trzymałem na kolanach podczas startu i lądowania. Start zniósł godnie, ale przy lądowaniu zalał mi kolana zawartością nabrzmiałego pęcherza. Gdy zasikany i mocno pachnący kocim moczem przechodziłem przez kontrolę na lotnisku, nikt nie chciał mnie zatrzymywać ani sprawdzać zawartości transportera ze zwierzakiem… a Hafiz zdobywając zagraniczny certyfikat ukończył tytuł Międzynarodowego Premiora. Powrotny lot spędził w transporterze.

RG: Zacząłeś stewardować na wystawach felinologicznych dość szybko, bo już 1986 roku. Czy już wtedy wiedziałeś, że zostaniesz kocim sędzią, że to się przerodzi w coś w rodzaju pasji i sposobu na życie?

W-A K: Wystawy wciągają! To oczywiste dla wielu osób, które zaczęły pokazywać swoje zwierzaki. Dziś dzieje się na nich wiele więcej niż niegdyś. Dawne wystawy były dwudniowe, pierwszego dnia ocena odbywała się w zamkniętych pomieszczeniach, gdzie koty były donoszone do sędziów przez stewardów, a oceny podawane były do wiadomości dopiero drugiego dnia, przed finalnym Best in Show. Było nudno! Chciałem zobaczyć co dzieje się z kotem podczas oceny, na czym polega owa tajna ocena kotów, postanowiłem więc zostać stewardem, by dowiedzieć się więcej i… mieć oko na swojego kota. Nie planowałem bycia kocim sędzią, acz ten świat wciąga zaskakująco szybko i mocno.

RG: Z wykształcenia jesteś aktorem i choreografem. Obydwie te profesje są raczej dość odległe od tego, czym się teraz zajmujesz. Sądzę, że pewne elementy aktorskiego przygotowania z wdziękiem wykorzystujesz na sędziowskim ringu. Mylę się?

W-A K: Teatr to moja pasja i miałem szczęście pracować wiele lat na deskach scen w Polsce i zagranicą, jednak miłość do zwierzaków była we mnie zawsze i nie pozwalała o sobie zapomnieć. Wiele lat toczyła się we mnie wewnętrzna walka, teatr czy zwierzaki… zwierzaki wygrały. Nadal kocham scenę, ale wystarcza mi ta na kocich wystawach, tam też jest publiczność, a do tego w felinologicznych spektaklach partnerują mi wspaniali i nadzwyczaj eleganccy aktorzy – koty.

RG: Pierwszy egzamin sędziowski zdałeś w 1993 roku. Byłeś jednym z pięciorga ówczesnych, polskich, sędziów felinologicznych Federation Internationale Feline. Z resztą innej możliwości wtedy nie było. Polska do FIFe została przyjęta w 1984 roku, więc rozpocząłeś przygodę sędziowską, kiedy tak na dobrą sprawę budowano dopiero jakość naszych kotów. Kto był Twoim mentorem?

W-A K: Kiedy zaczynałem była nas trójka, Marek Chadaj, Beata Remer i ja, później dołączyli do nas Irek Pruchniak i Jola Rechowicz. Ówczesne Stowarzyszenie Hodowców Kotów Rasowych z rozrzuconymi po Polsce oddziałami zarządzane było przez niezapomnianą damę polskiej felinologii panią Annę Chodnikiewicz, charyzmatyczną i niezwykle inteligentną postać, którą cały felinologiczny świat znał, jako damę w kapeluszach z ogromnym rondem. Myślę, że to właśnie dzięki niej udało się dość szybko wprowadzić w Polsce międzynarodowe standardy wystawowe i pokazać “kociemu światu”, że polska felinologia może się liczyć na arenie międzynarodowej! Moim mentorem był niezapomniany sędzia z Belgii, pan Hanz Gunter Scholler, dla przyjaciół Peter, niezwykle barwny sędzia, precyzyjny, nienaganny, koneser sztuki i kociej urody. Przekazał mi on dużo wiedzy dotyczącej nie tylko oceny kotów, ale także szacunku do zwierząt i ich opiekunów, a także politycznych uwarunkowań na arenie światowej felinologii.

RG: Mam w swoich archiwalnych zbiorach Twoje zdjęcie z 1995 roku. Zostało wykonane na wystawie kynologicznej w Łodzi. Prezentowałeś wtedy nagiego grzywacza chińskiego, który między innymi zdobył wyróżnienie RS. Skąd pomysł na tę rasę?

W-A K: Od zawsze lubiłem kynologiczne i felinologiczne “ciekawostki”. Pewnego razu przeczytałem w niemieckiej prasie artykuł o małych nagich pieskach przywiezionych do Europy przez księcia Joachima Weinberga, wielce egzotyczna rasa o zabawnej nazwie Chinesischer Schopfhund, od razu mi się spodobała i postanowiłem zdobyć te niezwykle rzadkie wówczas psy. Udało mi się i importowałem do Polski pierwszą nagą suczkę tej rasy, a następnie zacząłem ich hodowlę. Te zabawne, bardzo inteligentne i piękne psiaki wiele lat były członkami mojej rodziny, przynosiły mi dumę wygrywając wiele wystaw, w tym uzyskując championaty i wielokrotne tytuły Zwycięzców Świata.

RG: Z Twoją osobą kojarzą mi się dwie marki: Adalbertus i DEW. Wiem, że Adalbertus to koty. Koty perskie i syjamskie. Skąd u Ciebie wziął się okres „syjamski”? Czy tylko te dwie rasy przewinęły się przez Twoją hodowlę?

W-A K: Adalbertus to nazwa wymyślona przez moją szwajcarską przyjaciółkę i doskonałą sędzię felinologiczną, Evę Wieland-Schiela, która uważała, że kociaki urodzone pod moim dachem powinny mieć na sobie mój imienny ślad. Dew to perskie bóstwo opisane w poezji Hafiza, jak więc widzisz… kocie i psie elementy tworzą swoistą znaczeniową układankę. Koty syjamskie są przeciwieństwem persów, stąd zapewne zainteresowanie tym typem. Obie rasy są dość ekstremalne, więc później pojawiły się bardziej “naturalne” w typie abisyńczyki o aktywnym i przemiłym temperamencie. Moje hodowanie kotów zawsze było bardzo “elitarne”, wyhodowałem niewiele kotów, ale wszystkie trafiały do wspaniałych domów, a priorytetem zawsze było dla mnie zdrowie i dobrostan zwierząt przebywających pod moim dachem.

RG: A DEW? To psy? Jamniki, whippety, psy bezwłose czy… coś jeszcze?

W-A K: Zacząłem od kundelka, wspomnianej Diany, pierwszy miot zarejestrowany pod przydomkiem Dew to pekińczyki moich rodziców, mieli oni pekinkę, która powiła w swoim życiu jeden miot szczeniąt. Maluch z tego miotu zapoczątkował później jedną z najlepszych hodowli pekińczyków na świecie. Grzywacze przez wiele lat królowały w moim domu, gdy umarły najstarsze z nich nastała pustka, którą wypełniły po jakimś czasie psy przypominające swą elegancją syjamy i abisyńczyki – czyli charty angielskie whippety. Dziś mieszkają ze mną 15 letnia Cha-Cha i 14 letnia Samba, obie bardzo utytułowane Interchampionki w dobrym zdrowiu i kondycji. Jamniczka to nieplanowana miłość od pierwszego wejrzenia, była jeszcze postać o rustykalnej urodzie “nie dla każdego” szkocka charcica, czyli deerhoundka, o imieniu Smoku.

RG: W swojej notatce biograficznej zamieszczonej w FIFe Jubilee Book, wydanej z okazji 50-lecia obchodów funkcjonowania federacji napisałeś, że byłeś hodowcą kotów perskich w latach 1986-1994. Wspomniałeś, że byłeś pierwszym hodowcą kotów perskich czarnych, pręgowanych klasycznie w naszym kraju. Faktycznie była to taka rzadkość? Pytam, gdyż Joanna Koniarska z hodowli Lunika*PL również w tym czasie specjalizowała się w tej odmianie barwnej.

W-A K: Gdy kupiłem swoją pierwszą perską kotkę (import z Węgier) w tej odmianie barwnej był to jeszcze tzw. “kolor nieuznany”, a w Polsce był jeszcze tylko jeden kot w tym kolorze, importowany z Czech, a mieszkający w Warszawie. Niestety zawieziona do niego kotka straciła ruję, na szczęście udało mi się kupić tego kocura, a para dała mi miot kociąt, w tym unikalnym wówczas kolorze. Później współpracowaliśmy z Joanną, starając się popularyzować tę odmianę barwną wśród hodowców persów, którzy zazwyczaj bardzo sceptycznie reagowali na wprowadzanie “dachowego” koloru do arystokratycznych persów.

RG: Skąd pomysł na hodowlę świnek miniaturowych i to z udokumentowanym pochodzeniem? Teraz nie pamiętam czy czytałem na ten temat jakiś artykuł, czy oglądałem reportaż. Hodowałeś świnki! Po latach humorystycznie się żaliłeś, że przyszła mama budując porodowe gniazdo wycięła sporo kwiatów w ogrodzie…

W-A K: Hodując chińskie grzywacze współpracowałem z niemiecką hodowlą “von Schinbashi”, w której po raz pierwszy zobaczyłem “micro-pigs” – przezabawne maleńkie świnki w różnych kolorach. Jak się okazało wszystkie posiadały rodowody, a ich hodowla w Europie dopiero się rozwijała. Dowiedziałem się, że te niezwykle inteligentne zwierzaki nie tylko dobrze dogadują się z psami, ale także są bardzo czyste i nadają się do trzymania w domu. Sprowadziłem do Polski pierwszą parę o imionach Berta von Forsthoff (czarna locha) i Kevin von Forsthoff (biały knur). Świnki szybko okazały się ulubieńcami mediów, były zapraszane do TV, pisano o nich w gazetach, a pod moim ogrodem były “wycieczki” odwiedzających je sąsiadów. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się, gdy urodziły się prosiaczki wielkości paczki papierosów. Berta i Kevin były jednak strasznie niszczycielskie, potrafiły skosić pokaźne ogrodowe krzaki potrzebne im do budowy barłogu lub wyryć długie korytarze w kwiatowych rabatach. Gdy Kevin stał się dorosłym knurem bardziej przypominał miniaturę białego dzika niż mini-świnkę, miał twardą grzywę, a z pyska sterczały mu wygięte w szable zęby, do tego broniąc swojej Berty stawał się czasami agresywny do ludzi i zwierzaków. Finalnie dbając o bezpieczeństwo własnej zagrody oddałem świńskie towarzystwo do zaprzyjaźnionego gospodarstwa agroturystycznego, gdzie mieszkały w szczęśliwym stadzie z kucykami i kozami.

RG: W Twoim bogatym życiu nie zabrakło też gryzoni. Były myszki hodowlane. Coś mi się kojarzy, że przywiozłeś je z Finlandii. Czy też miały rodowody? Zdarzyło Ci się oceniać, jako sędzia, również myszy?

W-A K: To prawda, były też rasowe myszy! Podczas jednej z wystaw kotów w Finlandii odbywała się w tej samej hali także wystawa rasowych gryzoni. Wraz z kolegami sędziami poszliśmy pooglądać jak ocenia się myszy na wystawie kotów. Trochę żartowaliśmy z powagi sędziego ,dokonującego oceny myszy na sędziowskim stole, gdy ów podszedł do nas i powiedział że: “…ocena porównawcza ze standardem rasy nie różni się zasadniczo w przypadku sędziowania różnych gatunków. Podobnie sędziowie oceniają koty, psy, myszy czy konie. Pozornie o powadze sędziowania i samych sędziów decyduje cena owych zwierząt, a nie kwalifikacje sędziów. Są więc sędziowie dobrzy i nie, mądrzy i nie, bez względu na to, jaki gatunek zwierząt oceniają.” – Nie sposób było się z nim nie zgodzić. Myszy były piękne! Widać było, że to starannie wyselekcjonowane pokoleniami hodowli egzemplarze o różnej anatomii, sierści i w wielu odmianach barwnych. Kupiłem kilka i przywiozłem do Polski. Oczywiście myszy posiadały rodowody. Jeszcze kilkakrotnie podczas zagranicznych podróży udało mi się skontaktować z hodowcami i sprowadzić cenny materiał genetyczny do Polski. Zacząłem hodowlę rasowych myszy w kolorze szampańskim podpalanym i szybko zaraziłem nową pasją kilkoro znajomych, z którymi założyliśmy “Polish Mice Club” i zorganizowaliśmy pierwszą w Polsce wystawę, która odbyła się w łódzkim Silver Screen. Media stały w wielkiej kolejce, by zrobić wywiad z sędziami z Polski i Anglii i siedmioletnim Kamilem, właścicielem zwycięskiego myszora, który dumnie powiedział do TV trzymając w jednej ręce maleńką mysz, a w drugiej wielki puchar: “Jak będę duży to będę miał kota!”.

RG: Sądziłem, że ja mam sporo zwierząt. Błądziłem. Oprócz ssaków masz przecież jeszcze ptaszyska, co najmniej jedną dużą papugę. Nie wiem czy jeszcze masz, ale z pewnością miałeś kurki jedwabiste w typie amerykańskim i bojowce nowoangielskie. Skąd raptem zainteresowanie drobiem? Rozumiem, że w silkach urzekła Cię ich nietuzinkowa uroda, i to mogę zrozumieć, lecz bojowce?

W-A K: Mieszkam pod miastem, mam wielki ogród i dom, co niestety czasami kusi by szeroko rozwijać hodowlane pasje. Kurki były efektem “praktycznego” podejścia do życia na wsi i produkcją domowych jaj, ale oczywiście na etapie poszukiwań i czytania o rasach i hodowlach wybrałem hodowle o najwyższych standardach i zakupiłem piękne amerykańskie silki, posiadające wśród przodków zwycięzców wystaw w USA i Italii, a sprowadzone z czołowej hodowli z Niemiec bojowce nowoangielskie, to było przeciwieństwo jedwabistych puchatych kurek – długie, wysokonogie, eleganckie i “gładkopióre”. Stadko wyglądało przezabawnie, acz zdecydowanie nie są to wysokoprodukcyjne kury nioski, jaja były maleńkie i zazwyczaj były rozdawane dla przyjaciół. Papuga ara zielonoskrzydła to jedna z największych papug, odkupiłem ją od ludzi, którzy trzymali ją w mieszkaniu w bloku i latami nie wypuszczali z klatki. Długo trwało zanim Rubin uznał mnie za przyjaciela i wszedł mi na ramię. Mimo, że u mnie miał swój pokój i wielkie konary do wędrówek i był wynoszony do ogrodu, to już nigdy nie nauczył się latać, pozostał skrzywdzonym przez człowieka, wielkim kolorowym nielotem. Wiedziałem, że nie mogę zapewnić mu towarzystwa 24 godziny na dobę, a on potrzebował być z kimś na stałe. Kupiłem mu (a jak się okazało podczas badań genetycznych Rubin jest samicą) jej, partnera. Para od razu się polubiła, ale nowy samiec mnie nie cierpiał. Szafir (tak go nazwałem) krzyczał i starał się mnie uderzyć za każdym razem, gdy mnie widział, a z zazdrości bił Rubina. Znalazłem dobry, odpowiedzialny dom z opiekunem, który dobrze zna zwyczaje dużych papug i z bólem serca oddałem tę parę papug. Dziś wiem, że to była słuszna decyzja dla Rubina, która z Szafirem założyła rodzinę i mają już swoje dziecko. Rubin odzyskał część swej wolności, mogąc utworzyć swoją własną papuzią rodzinę. Miałem szansę podarować mu miłość, tym samym tracąc go na zawsze. Każdy kto zapragnie mieć trzymaną pojedynczo dużą, oswojoną papugę powinien zastanowić się czy chce skazywać takiego zwierzaka na życie bez towarzystwa, gdyż człowiek nie jest w stanie spędzać z nim 24 godzin na dobę, a one tego właśnie oczekują.

RG: W czasach współczesnych każdy ma ułatwioną możliwość dostępu do informacji z zakresu każdej dziedziny. Kiedy ja zaczynałem swoją przygodę z kotami to internet był czymś nieosiągalnym. Wiedzę pozyskiwałem z różnych źródeł. Między innymi z dwóch Twoich pozycji książkowych o kotach perskich. W mojej biblioteczce tematycznej znajdują się niemal wszystkie wydania o kotach z tamtych lat. Jesteś też autorem artykułów o tematyce felinologicznej, a czy o kynologicznej też?

W-A K: Tak, pisywałem do wielu magazynów kynologicznych i felinologicznych, zarówno o rasach i odmianach barwnych, jak i o genetyce i dobrostanie zwierząt.

RG: Przez kilka lat byłeś redaktorem naczelnym miesięcznika KOT. Był to najlepszy periodyk o kotach. Do tej pory korzystam z dorobku KOT-a. Szkoda, że nie przetrwał. Wtedy były trudne czasy dla niszowych tytułów. Teraz papierowe czasopisma są skutecznie wypierane przez ich cyfrowe wersje. Skąd pomysł na miesięcznik?

W-A K: Na polskim rynku wydawniczym od lat były tytuły prasowe bardziej lub mniej kynologiczne, ale poza jednym tytułem o kotach, głównie domowych, nie było komercyjnego pisma o kotach. Postanowiłem to zmienić i przedstawiłem prezesowi wydawnictwa Galaktyka pomysł na wydawanie miesięcznika KOT. Jako, że prezes tego wydawnictwa kocha wiedzę i książki o tematyce związanej z ogólnie pojętą naturą, zgodził się na próbę wydać kilka numerów kwartalnika i dał mi możliwość stworzenia redakcji tego pisma. Stworzyłem pismo, które w połowie dotyczyło kotów rasowych, a w drugiej połowie ogólnie tematów kocich i popularnych. Pomysł okazał się doskonały i kwartalnik szybko zmienił się w miesięcznik wydawany w nakładzie 15.000 egzemplarzy i sprzedawanym w całej Polsce. Udało mi się pozyskać doskonałe i bardzo wartościowe teksty i zdjęcia felinologiczne, dotyczące ras jak i badań nad kotami wolno żyjącymi w miastach i na wsiach. Współpracowali ze mną świetni fotografowie i naukowcy z wielu krajów świata, a w miesięczniku udawało mi się wygospodarować kilka stron na tłumaczenia najważniejszych artykułów na język angielski. Cieszę się, że KOT uzyskał nawet drugie miejsce w światowym rankingu pism felinologicznych w USA, gdzie przedstawiony był jako jeden z najbardziej merytorycznych magazynów o kotach. Niestety po prawie 6 latach istnienia papierowego pisma KOT poległ w walce z internetem, choć po dziś dzień jest czasami wspominany przez kociarzy, którzy mieli okazję się z nim poznać.

RG: Jako kandydat na sędziego i później sędzia aktywnie angażowałeś się w działalność Stowarzyszenia Hodowców Kotów Rasowych w Polsce, a potem w Polskiej Federacji Felinologicznej Felis Polonia. Najpierw lokalnie w Łodzi, a potem już na poziomie ogólnokrajowym. W którym momencie poczułeś się niejako odpowiedzialny za funkcjonowanie polskiej felinologii w kraju, a potem szerzej, w Europie?

W-A K: Działanie w strukturach polskiej felinologii było naturalnym efektem zainteresowania tematem, kontaktów i wiedzy, jaką udawało mi się zdobywać w kocim świecie. Byłem szefem łódzkiego Oddziału SHKRP, później prezesem SHKRP, które “przekształciło się” w federację Felis Polonia, której także byłem prezesem, a później prezesem honorowym, byłem szefem Komisji Wystawowej FIFe, kandydatem na prezydenta FIFe, a obecnie prezesem polskiego Stowarzyszenia Koty Rasowe i 1. viceprezydentem World Cat Federation – największej na świecie federacji felinologicznej. Wszystko to dosyć mocno z siebie wynika i zapewne jest efektem mojego niesłabnącego zainteresowania tematami związanymi z felinologią.

RG: Pełniłeś również funkcję prezesa Polskiej Federacji Felinologicznej Felis Polonia. Szczytowym osiągnięciem federacji było zorganizowanie wystawy światowej kotów w Poznaniu w 2011 roku. Mało kto wie, że FPL zaciągnęła kredyt na organizację wystawy, a ty zabezpieczyłeś ten kredyt własnym majątkiem. Niewielu byłoby stać na taki krok. Musiałeś mieć olbrzymie poczucie odpowiedzialności za końcowy efekt oraz ogromne zaufanie do samej federacji. Wystawa była ogromnym sukcesem i jeszcze długo była wspominana przez jej uczestników. Powiedz szczerze, nie obawiałeś się?

W-A K: Światowa Wystawa Kotów jaką w 2011 roku zorganizowała Felis Polonia po dziś dzień określana jest jako najlepsza wystawa kotów na świecie, z czego jestem dumny i bardzo się cieszę. Pracowaliśmy nad jej przygotowaniem rok. Wiele zespołów ludzi zajmowało się wieloma działami, by finalnie przyjąć ponad półtora tysiąca kotów z całego świata, ocenianych przez ponad trzydziestu sędziów. Przy tak wielkich przedsięwzięciach spodziewać się można różnych niespodzianek, jedną z nich było wycofanie się na krótki czas przed wystawą generalnego sponsora. Mimo kar, jakie ów sponsor pokrył, brakowało zabezpieczenia środków na potrzeby wystawy. Udało się nam to zrobić… ale skąd te zabezpieczenia pozyskaliśmy to tajemnica ówczesnego Zarządu FPL… nie wiem jak udało Ci się pozyskać te informacje, ja niczego nie zdradzę…

RG: Do niedawna byłeś także prezesem Stowarzyszenia Kotów Rasowych, członka WCF. Twoim oczkiem w głowie była lokalna wystawa w Koluszkach. Na tej wystawie zawsze obchodzony był Światowy Dzień Kota. Inicjatorem obchodów tego święta w naszym kraju byłeś Ty. Kiedyś wspominałeś, że zainspirowali cię Włosi. Na świecie święto jest obchodzone w różnych terminach. W Polsce 17 lutego. Dlaczego akurat w tym dniu?

W-A K: Nadal pełnię funkcję prezesa SKR. Koluszkowska wystawa to wspaniałe święto w tym niewielkim miasteczku, gdzie z okazji obchodów Światowego Dnia Kota ożywają miejskie szkoły, przedszkola, biblioteki i lokalny dom kultury. Dzięki uprzejmości Urzędu Miasta i wielu sponsorów SKR ma szansę organizować bardzo dobre wystawy kotów, gdzie przede wszystkim promowany jest szacunek dla zwierząt i miłość do kotów, niezależnie od rasy lub jej braku. Światowy Dzień Kota udało mi się wypromować dzięki miesięcznikowi KOT i FPL, a hodowcy kotów rasowych z ochotą wspierają ogólnopolskie akcje “rasowce – dachowcom”, podczas których zbierane są środki na pomoc lokalnym organizacjom, zajmującym się walką z bezdomnością kotów. Zapiski o lutowych obchodach święta znalazłem w informatorze o rzymskim koloseum. Termin w połowie mroźnego zazwyczaj lutego jest dobrym okresem, by zadbać o bezdomne koty i przypomnieć o konieczności kastracji bezdomności. Termin ten doskonale przyjął się w Polsce, a dzięki połączeniu obchodów ŚDK z wyborami Kociarza Roku udało się na stałe wprowadzić to święto do polskiego kalendarza.

RG: Od stycznia br. pełnisz obowiązki dyrektora łódzkiego schroniska dla zwierząt. Przed Tobą ogromne wyzwania i spore oczekiwania od władz miasta i miłośników zwierząt. W jaki sposób chcesz zwiększyć liczbę adopcji, gdyż jak się wypowiedziałeś dla Radia Łódź, zwierząt jest o połowę za dużo? Jakie zmiany nastąpią?

W-A K: Przyjęcie obowiązków dyrektora miejskiego schroniska dla zwierząt to jedno z największych wyzwań, jakie podjąłem. Wiem, że nie ma idealnych schronisk, a zwierzęta po prostu potrzebują swoich własnych domów i swoich opiekunów. Dlatego uważam, że najlepsze schroniska to schroniska puste, które jak straż pożarna pełnią funkcję “awaryjnego domu” dla zagubionych lub porzuconych zwierzaków. Gdy zaczynałem pracę w Schronisku dla Zwierząt w Łodzi było tam znacznie ponad 300 psów i ponad 100 kotów. Dziś dzięki aktywizacji działu adopcyjnego i restrukturyzacjom, jakie wprowadzam jest 269 psów i 43 koty, a nasza kociarnia uznana została za jedną z najlepszych schroniskowych kociarni w skali kraju. Niebawem rozpoczynamy duży remont schroniska, chciałbym pozyskać od miasta przyległe tereny zielone, by stworzyć schronisko z niewielką ilością szczęśliwych zwierzaków, wieloma wolontariuszami i z możliwością aktywnego spędzania czasu dla mieszkańców miasta, którzy z różnych powodów nie mogą mieć zwierzaka w domu, ale chcieliby pobiegać z psem lub pobawić się z kotem. Mam nadzieję, że przy dalszej doskonałej współpracy z władzami Łodzi uda mi się zrealizować ten plan, by zwierzaki w łódzkim Schronisku przebywały jak najkrócej, a te które tu są były możliwie najlepiej zaopiekowane.

RG: Jestem pod wrażeniem pierwszych 3 miesięcy Twojego urzędowania. Ponad 100 zwierzaków znalazło dom. Czy jest to pokłosie akcji „Adoptuj słodziaka”? Czy parada kundelków wywarła wpływ na ilość adopcji? Czy jest to impreza cykliczna, służąca do zmniejszenia bezdomności psów i kotów?

W-A K: Miłość do zwierząt nie dzieli się na rasowe i dachowe. Walką z bezdomnością powinni być zainteresowani hodowcy, podobnie jak “niehodowcy”, powinni wspierać mądrą i odpowiedzialną hodowlę zwierząt rasowych. Zamiast hasła “adoptuj nie kupuj” wolałbym hasło “kastruj bezdomność, hoduj mądrze”. Jeśli ktoś chce hodować i patrzeć na rozwój swoich zwierzaków od urodzenia, chce dbać o zdrowie swojej rasy, znajdować odpowiedzialnych opiekunów dla urodzonych u siebie zwierząt, pokazywać je na wystawach i konkursach użytkowości powinien zająć się hodowlą. Jeśli ktoś chce po prostu mieć zwierzaka-przyjaciela bez oczekiwań estetycznych i charakterologicznych niech adoptuje bezdomne zwierzę ze schroniska. Mądra i odpowiedzialna hodowla rasowych zwierząt towarzyszących nie zagraża walce z bezdomnością, a wiele akcji podobnych do akcji Parada Kundelków, czy “rasowce – dachowcom” podczas obchodów Światowego Dnia Kota pokazuje, że hodowcy rasowych kotów chętnie wspierają walkę z bezdomnością zwierząt.

RG: W przeszłości, jeszcze nie tak dawno, zapoznałem się z kwestionariuszem adopcyjnym jednego ze schronisk. Byliśmy zainteresowani pieskiem. Moim zdaniem, kwestionariusz naruszał dość wrażliwe dane osobowe. Czy łódzka wersja jest lub będzie bardziej przyjazna dla osoby adoptującej, a proces adaptacyjny bardziej uproszczony?

W-A K: Proces adopcyjny w łódzkim schronisku został uproszczony, jednak zbiera określone dane osobowe, gdyż promując odpowiedzialne adopcje musimy znać dane osób zabierających od nas zwierzęta. Dane osobowe są jednak przechowywane zgodnie z prawem, a nad ich przetwarzaniem czuwa nasz inspektor RODO i dział prawny.

RG: Odbieram Ciebie, jako bardzo pracowitą i o szerokich zainteresowaniach osobę. Pewnie cierpisz na permanentny deficyt czasu. ..musiał pogodzić wiele rzeczy począwszy od dyrektorowania w schronisku, poprzez sędziowanie czy wypełnianie również obowiązków wynikających z v-ce prezydentury w World Cat Federation. Dasz radę, nie obawiasz się?

W-A K: Od wielu lat daję radę dzielić czas na różne dziedziny swego życia. Nie obawiam się, gdyż jestem szczęściarzem, realizującym swoje pasje zawodowo, a to tak jakbym nie pracował, lecz jedynie zajmował się rzeczami, które kocham.

RG: Ażeby nie skończyć zbyt sztywno naszej rozmowy, jeszcze jedno pytanie. Czy nadal kolekcjonujesz drzewka bonsai? Jak duża jest to kolekcja? Czy pielęgnacja jest trudna?

W-A K: Tu poległem 3 razy. Miałem mini las, pięknego mini palmowego klona i wspaniałą 30-letnią jabłoń, niestety… nie przetrwały zimy. Podziwiam wspaniałe bonsai u innych!

RG: Dziękuję za rozmowę i mocno kibicuję realizacji celów, związanych ze schroniskiem.

W-A K: Dziękuję i serdecznie pozdrawiam wszystkich miłośników zwierzaków.

Roman Grabara
Były, ponad 25-letni, hodowca kotów norweskich leśnych (hodowla Karodok*PL). Historyk hobbysta polskiej felinologii, autor „kocich” historyjek. Od 1992 roku członek polskich stowarzyszeń felinologicznych zrzeszonych w FIFE. Od wielu lat prowadzący wystawy kotów rasowych oraz inne wydarzenia w świecie felinologii. Kwieciście uświetnia te imprezy wiedzą merytoryczną i ciekawostkami, wplatając w nie wiadomości o polskiej tradycji hodowlanej.