Felietony

Niezłomne postanowienie


Kilka dni temu przeczytałem, a wczoraj to nawet w telewizji mówili, o stresogennym oddziaływaniu głaskania na zdrowie psychiczne kotów. Kto jak kto, ale przecież naukowcy (no może z wyjątkiem pewnej parlamentarnej komisji) i media, (no, może z wyjątkiem jednego takiego, którego nazywają dyrektorem) nie kłamią. Długo w nocy wczoraj myślałem o przeczytanych i zasłyszanych informacjach, i gdzieś tak dobrze po północy podjąłem niezłomne postanowienie. Dość!!!

Jeżeli kocham swoje koty to nie mogę ich przecież narażać na stres, wszak już ich codzienne przebywanie w ciepłym domu i przy pełnych miseczkach może nieść ze sobą negatywne skutki, oddziaływujące na zdrowie fizyczne, nie mówiąc o psychice.

Wstałem rano raniutko, tak około siódmej z mocnym postanowieniem: „tak to jest ten dzień i dobry moment zadbania o psycho-zdrowie moich kotów”. Jak zwykle w przedpokoju na moje przebudzenie oczekiwało całe stadko. Spojrzałem na nie z troską, szukając na ich pysiach oznak stresującego życia w naszym domu. Jako, że o poranku otrzymują śniadanko ruszyłem w kierunku kuchni. Samo przejście przez przedpokój sprawiało mi zwykle wiele trudności i było czasochłonne. Wszystkie koty były pogłaskane, niektóre wytarmoszone a te, najbardziej upierdliwe, brane na ręce. Pamiętając o tym co napisałem powyżej – basta!!! stop!!! Tak nie można, to im szkodzi!!! Zacząłem więc przedzierać się przez tę gromadę w kierunku wcześniej wskazanym.

Pierwsza zaatakowała Zuzia, miaucząc jak zwykle wielce urokliwie, przylgnęła swoim ciałkiem do mojej nogi. Ja nic. Idę dalej. Następnie Zyguś, jak co dzień zablokował mi drogę przejścia, kładąc się z łomotem na podłodze. Ja udaję, że nic nie zauważam i nieustępliwie podążam dalej. W towarzystwie miauczącej gromady w końcu docieram do kuchni. Mogłem wreszcie trochę odsapnąć! Oparłem się o blat szafek kuchennych, szukając wsparcia dla niecodziennej, również dla mnie, sytuacji. Tam zostałem zaatakowany „barankiem” przez naszą 10-letnią Molly. Ja nic – nadal twardziel. Ismenka, 15-letnia babcia, przyciągnęła łapką moją dłoń i przytuliła się do niej. Udaję, że nie rozumiem. Wangari stanęła przede mną i wbiła swój hipnotyzujący wzrok w moje oczy z niemym pytaniem „co jest Romuś”? No i po krótce streściłem powód mojego postępowania oraz wyartykułowałem swoje troski o pełne szczęście i zdrowie podopiecznych.

Nie byłem jednak przekonany o rezultatach mojej perswazji. Nie widziałem żadnych oznak akceptacji nowego, rewolucyjnego podejścia w przedmiocie relacji człowiek-kot. Z tego powodu byłem nieco zawiedziony taką niewdzięcznością stada i niewiary dla naukowych wskazań. Towarzystwo jakoś się jednak uspokoiło, ale dopiero przy miseczkach z jedzeniem. Wyczułem opór materii…., ale rewolucja polega na wyrzeczeniach i gotów byłem na dalsze wysiłki.

Przy naszym ludzkim śniadaniu, poinformowałem rodzinę o moich, popierających najnowsze zdobycze nauki, postanowieniu. Wyraziłem też informację z poleceniem „żadnych głaskań, żadnego brania kotów na ręce, brak akceptacji na wchodzenie kotów na kolana czy też przytulanie się ich do nas ludzi”. To im szkodzi!!!

Członkowie mojej rodziny w liczbie dwóch osób wysłuchali z uwagą mojego wywodu. W miarę wypowiadania treści ich oczy robiły się takie dziwne, coraz bardziej okrągłe a ich usta rozciągały się w uśmiechach trudnych do zdefiniowania. Nie spodziewałem się takiej ignorancji dla najnowszych badań zoopsychologów na temat negatywnego wpływu głasków na zdrowie kotów! Byłem srodze zawiedziony. Jak można być takimi sceptykami, delikatnie mówiąc…

Kiedy zostałem sam przy stole, wgramoliły się nań trzy najstarsze kocice. Podeszły całkiem blisko, bo stół jest dość spory, uwaliły się mi całkiem pod nosem i padło pytanie „co jest z tobą stary, chory jesteś czy co? Może potrzebujesz wizyty u doktora, no takiego od głowy? Ale wiesz takiego ludzkiego, nie dla zwierząt”. A moje ręce tak jakoś z dziwną przyjemnością zatopiły się w ich futra i z lubością palce rozpoczęły szmeranie po brzuszkach, brudkach i za uszkami.

Eeee tam, nauka często się myli…… A kot, jako istota nieskończenie doskonała sam najlepiej wie, co jest dla niego najlepsze!

Roman Grabara
Były, ponad 25-letni, hodowca kotów norweskich leśnych (hodowla Karodok*PL). Historyk hobbysta polskiej felinologii, autor „kocich” historyjek. Od 1992 roku członek polskich stowarzyszeń felinologicznych zrzeszonych w FIFE. Od wielu lat prowadzący wystawy kotów rasowych oraz inne wydarzenia w świecie felinologii. Kwieciście uświetnia te imprezy wiedzą merytoryczną i ciekawostkami, wplatając w nie wiadomości o polskiej tradycji hodowlanej.